ZARZĄDZANIE
Nadążyć za koniecznością
Polska stoi przed historyczną szansą, aby w nowej Europie przemysłowej odgrywać ważniejszą rolę niż tylko taniej montowni. Mamy potencjał technologiczny, zasoby ludzkie, geografię. Nie mamy strategii na poziomie krajowym, właściwego tempa transformacji energetycznej i kultury zarządzania, która traktowałaby dostosowanie do nowych warunków jako priorytet operacyjny, a nie jako wymóg regulacyjny do odfajkowania.
Data publikacji: 06.05.2026
Data aktualizacji: 06.05.2026
Podziel się:

Wyobraź sobie fabrykę w centralnej Polsce, z nowoczesną linią produkcyjną, ze sprawnym zespołem specjalistów, w której wskaźnik OEE przekracza 85 proc., a terminowość dostaw jest bliska całkowitej. Firma startuje w przetargu publicznym – chodzi o kontrakt na komponenty dla miejskiej infrastruktury. Oferta jest konkurencyjna cenowo, dokumentacja techniczna – bez zarzutu, a referencje – imponujące. Firma przegrywa, choć nie przez cenę czy gorszy produkt. W formularzu oceny ofert, w rubryce dotyczącej śladu węglowego procesu produkcyjnego, wpisane zostały liczby, których nikt wcześniej nie uważał za kryterium przetargowe. Zamawiający, podmiot publiczny w jednym z krajów Europy Zachodniej, zastosował nową metodologię oceny. Cena stanowiła 40 proc. wagi oferty, podobnie jak emisyjność i lokalizacja łańcucha dostaw. Pozostałe 20 proc. stanowiły terminy i serwis.
Kierownik produkcji, z którym rozmawiałem kilka miesięcy temu, stwierdził: „Przez dwadzieścia lat eksperymentowałem, jak obniżać koszty i podnosić OEE. Teraz dowiaduję się, że powinienem uczyć się, ile dwutlenku węgla emituje kilowatogodzina z krajowej sieci”. Ta historia nie jest anegdotą, lecz swoistym sygnałem, sednem tego, o czym jest ten artykuł.
Strategiczna autonomia Europy – termin, który kilka lat temu brzmiał jak akademicki abstrakt – stała się realną osią polityki przemysłowej.
O co tak naprawdę chodzi
Można napisać, że Industrial Acceleration Act to europejska odpowiedź na amerykański Inflation Reduction Act i chińską politykę przemysłową. Można, ale będzie to zbyt ugrzecznione i nieprecyzyjne. Jeśli bowiem usuniesz z tego dokumentu formalizm i biurokratyczny język, zostanie ci coś konkretniejszego: Europa decyduje, że nie chce już być biernym uczestnikiem globalnej gry przemysłowej. Postanowiła kontrolować tę grę: od surowca przez komponent po produkt końcowy. Aby to osiągnąć, jest gotowa zmienić reguły dostępu do swojego rynku.
Industrial acceleration areas, czyli przemysłowe obszary akceleracji, nie są po prostu znanymi specjalnymi strefami ekonomicznymi. To coś znacznie ambitniejszego i, napiszę wprost, znacznie bardziej ryzykownego politycznie. W założeniu mają to być wyznaczone lokalizacje, w których procedury administracyjne dla strategicznych inwestycji przemysłowych ulegają dramatycznemu skróceniu. Pozwolenia, które dziś czekają latami, będą wydawane w miesiącach. Finansowanie, które dziś wymaga żmudnej ścieżki przez dziesiątki instytucji, będzie dostępne w jednym okienku. Infrastruktury energetyczna, transportowa i cyfrowa mają być gotowe, zanim inwestor wbije łopatę.
Europa odbudowuje własne łańcuchy wartości w sektorach, które uznała za strategiczne: energetyka odnawialna, elektromobilność, półprzewodniki, biotechnologia i produkcja zaawansowanych materiałów. Nie dlatego, że nagle stała się protekcjonistyczna z ideologicznych powodów. Pandemia, później agresja Rosji na Ukrainę, obnażyły, jak dalece Stary Kontynent uzależnił się od zewnętrznych dostawców w dziedzinach, które powinny być pod jego kontrolą. Brak półprzewodników zatrzymał produkcję samochodów. Odcięcie dostaw gazu z Rosji postawiło pod znakiem zapytania funkcjonowanie całych europejskich sektorów przemysłowych.
Ale nie jest to przyspieszenie, tylko selekcja. Europa nie mówi: „zapraszamy wszystkich”, ale „zapraszamy tych, którzy wpasowują się w naszą wizję przemysłową”. W tym zdaniu kryje się także wszystko to, co ważne dla polskiego menedżera produkcji. Strategiczna autonomia Europy – termin, który kilka lat temu brzmiał jak akademicki abstrakt – stała się realną osią polityki przemysłowej. Odejście od „globalizacji za wszelką cenę” nie wynika z dawnych sentymentów. Jest rachunkiem strat. Europa policzyła, ile kosztowało uzależnienie od tanich komponentów z Azji, od energii z Rosji, od technologii zza oceanu, i postanowiła zapłacić więcej, by być bezpieczniejsza. Przemysł wraca do stołu jako narzędzie polityki. Nie jako sektor, który ma być efektywny i cichy, lecz jako siła, która ma osiągać cele strategiczne.
Europejski łańcuch wartości, czyli kto naprawdę wygra?
Dochodzimy do sedna, o którym rzadko mówi się wprost, bo europejski łańcuch wartości – piękna fraza, za którą kryje się bardzo konkretny podział ról – nie oznacza tego samego dla wszystkich krajów europejskiego kontynentu. Łańcuch wartości nie jest kolejką, w której każdy stoi po równo. To hierarchia. Ktoś projektuje, ktoś inny produkuje. Ktoś dostarcza komponenty i ktoś bierze marżę. Pytanie brzmi: kto jest kim w tej historii?
W dziedzinie projektowania przemysłowego Europa Zachodnia, a przede wszystkim Niemcy, Francja, Holandia oraz Skandynawia, dominuje od dekad. To stamtąd wychodzą patenty, tam są działy badań i rozwoju największych firm przemysłowych, i to tam podejmowane są decyzje o tym, jak produkt ma wyglądać, działać i ile ma kosztować. W tej warstwie nie zmieni się nic. Pójdzie to prawdopodobnie w drugą stronę i to właśnie ta warstwa będzie jeszcze bardziej chroniona i jeszcze mocniej skoncentrowana geograficznie.
W dziedzinie produkcji sytuacja jest bardziej złożona. Europa Środkowa – Polska, Czechy, Słowacja, Węgry, Rumunia – weszła w globalny łańcuch wartości przede wszystkim z uwagi na niskie koszty pracy. Byliśmy atrakcyjni, ponieważ byliśmy tańsi od Europy Zachodniej, a bliżsi i bardziej przewidywalni od Azji. Ten model nearshoringu rozwinął się spektakularnie w ostatnich trzech dekadach. Polska stała się europejskim centrum produkcji dla sektorów automotive, elektroniki, mebli, opakowań czy AGD.
Problem polega na tym, że ten model jest teraz w trakcie głębokiej transformacji. Z jednej strony koszty pracy w Polsce rosną, i to w tempie, które sprawia, że argument kosztowy zaczyna tracić siłę w porównaniu z leżącymi bardziej na wschód lokalizacjami. Z drugiej strony, Industrial Acceleration Act przesuwa kryterium atrakcyjności z kosztu pracy na dostęp do zielonej energii, nowoczesność infrastruktury i jakość ekosystemu technologicznego.
Kto produkuje? W nowym modelu: ten, kto spełnia kryteria niskoemisyjności. Ten, kto ma dostęp do odnawialnych źródeł energii. Ten, kto jest zdolny do szybkiego wdrażania innowacji. To brzmi neutralnie, ale neutralne nie jest. Niemcy i Austria mają znaczny udział energii odnawialnej i intensywnie inwestują w dalszą transformację. Francja ma energetykę jądrową, która w nomenklaturze unijnej może być traktowana jako niskoemisyjna. Skandynawia ma wodę, wiatr, geotermikę. Polska, choć transformacja energetyczna postępuje, jeszcze przez wiele lat będzie miała strukturę wytwarzania energii opartą w istotnym stopniu na węglu.
Kto dostarcza komponenty? Tu mamy szansę, ale pod warunkiem, że szybko przestawimy się z bycia podwykonawcą na bycie integratorem. Różnica jest fundamentalna. Podwykonawca wykonuje to, co ma zlecone, integrator zaś kontroluje część łańcucha wartości, koordynuje dostawców, wnosi własną wiedzę i bierze odpowiednio wyższą marżę.
Polska może być beneficjentem europejskiej relokacji produkcji. Pod warunkiem że przestanie być tylko tania.
Kto bierze marżę? Na razie wiadomo, kto jej nie bierze, czyli ten, kto jest na końcu łańcucha jako prosty wykonawca. Marżę biorą ci, którzy kontrolują projekt, markę albo dostęp do klienta. To jest aspekt, w którym polskie firmy przemysłowe mają do nadrobienia ogromną drogę. Mamy świetnych inżynierów, sprawne fabryki, wciąż niskie koszty. Ale mamy mało globalnych marek przemysłowych, własnych technologii chronionych patentami i niewiele firm, które są w stanie dyktować warunki klientowi, a nie tylko odpowiadać na jego zapytania ofertowe.
Europa nie chce już być tylko rynkiem zbytu. Problem jednak w tym, że nie każdy kraj dostanie tę samą rolę, którą już odgrywał. I od tego, jak szybko to zrozumiemy i jak szybko na to odpowiemy, zależy, po której stronie granicy znajdzie się polska produkcja.
Kryterium niskoemisyjności (cichy game changer)
Teraz chcę napisać coś prowokacyjnego, ale prawdziwego: kryterium niskoemisyjności w zamówieniach publicznych jest prawdopodobnie największą zmianą w funkcjonowaniu rynku przemysłowego od czasu liberalizacji handlu w latach dziewięćdziesiątych. Przez dekady reguła była prosta. W zamówieniu publicznym liczy się cena. Owszem, formalnoprawnie bywały inne kryteria, ale w praktyce wygrywał najtańszy kontrahent spełniający minimalne wymagania techniczne. To był globalny standard i pewien rodzaj rynkowej uczciwości – niech wygra ten, kto potrafi zrobić to najtaniej.
Kryterium niskoemisyjności wywraca tę regułę. I nie myślę o tym jako o czymś złym, to coś, co zarząd musi zrozumieć i przepracować, zanim przegra przetarg.
W praktyce wygląda to następująco: zamówienie publiczne na komponenty dla miejskiej infrastruktury, dla sektora energetycznego, dla transportu publicznego, a coraz częściej i dla innych sektorów, przestaje być oceniane wyłącznie przez pryzmat ceny. Zamawiający zaczyna pytać: ile dwutlenku węgla wyemitowano przy produkcji tych komponentów? Jaka jest intensywność węglowa procesu? Skąd pochodzi energia używana w produkcji? Jak daleko były transportowane surowce i półprodukty?
I tu pojawia się problem, który jest absolutnie rzeczywisty i boleśnie odczuwalny przez polskich producentów. Polska firma, która korzysta z krajowej sieci energetycznej, ma automatycznie wyższy ślad węglowy niż jej konkurent z Francji, który korzysta z energii jądrowej, albo z Norwegii, który korzysta z hydroelektryczności. Nie dlatego, że jest gorsza. Nie dlatego, że jest mniej efektywna. Nie dlatego, że ma gorszy proces. Ale dlatego, że w Polsce miks energetyczny wciąż zawiera znaczną część węgla.
Oznacza to, że efektywność operacyjna przestaje wystarczać. Możesz mieć najlepsze OEE w branży, najkrótszy czas dostawy, najniższe koszty jednostkowe i możesz przegrać przetarg, bo twój dostawca energii emituje za dużo śladu węglowego. Liczy się „efektywność ideologiczna”. Wiem, że to brzmi jak ironia. I w pewnym sensie jest ironią, ale jest też rzeczywistością.
Konsekwencje dla menedżerów produkcji
Warto powiedzieć wprost, co to oznacza dla kierownika produkcji lub dyrektora zakładu. Po pierwsze: musisz wiedzieć, jaki jest ślad węglowy twojego procesu. Nie przybliżony, nie orientacyjny – konkretny, udokumentowany, policzony zgodnie z metodologią, którą akceptuje zamawiający. To wymaga wdrożenia narzędzi śledzenia emisji w trzech zakresach: Scope 1, Scope 2 i – co najtrudniejsze – Scope 3, czyli emisji w łańcuchu dostaw. Po drugie: musisz zacząć myśleć o źródle energii. Czy twoja firma może kupować energię z certyfikowanych odnawialnych źródeł (gwarancje pochodzenia)? Czy opłaca się rozważyć własne instalacje fotowoltaiczne albo kontrakt z farmą wiatrową? To nie są pytania z obszaru CSR, lecz z obszaru konkurencyjności rynkowej. Po trzecie: musisz zacząć rozumieć łańcuch dostaw pod kątem emisji. Twój dostawca komponentu – ile emituje? Bo jego emisje stają się twoimi emisjami w rozliczeniu kontraktowym.
Wiem, że dla wielu menedżerów produkcji, którzy całe życie zawodowe skupiali się na kosztach, czasie taktu i efektywności linii, to brzmi jak kolejna warstwa biurokratyczna narzucona z góry. I rozumiem tę frustrację. Ale jest to także odwracalne, jak mury Berlina. Kryterium niskoemisyjności weszło do gry i nie wyjdzie z niej, bo stoi za nim zbyt duży kapitał polityczny i zbyt duże zaangażowanie finansowe Unii Europejskiej.
Są też firmy w Polsce, które to zrozumiały i które aktywnie to wdrażają. Znam kilka zakładów, które przeprowadziły pełną inwentaryzację emisji, wdrożyły system zarządzania energią, zawarły kontrakty na zieloną energię i zaczęły wymagać od dostawców certyfikatów emisyjnych. Rezultat? Wygrywają przetargi, których rok temu nie mogłyby nawet sensownie ofertować. I to jest przyszłość.
Problemem Europy nigdy nie był brak strategii. Problemem było tempo jej realizacji.
Szanse dla polskiego przemysłu, ale bez hurraoptymizmu
Największą szansą dla naszego sektora jest nearshoring. Globalna tendencja do przenoszenia produkcji bliżej rynków zbytu jest silna. Firmy, które przez lata produkowały w Chinach, Wietnamie czy Bangladeszu, dziś przeliczają całkowity koszt posiadania długiego łańcucha dostaw, uwzględniając ryzyko logistyczne, nieprzewidywalność geopolityczną, koszty karbonowe transportu i wymagania coraz bardziej „zielonych” zamawiających. I coraz częściej dochodzą do wniosku, że produkcja w Europie Środkowej ma sens. Polska, o centralnym położeniu geograficznym, z dobrą infrastrukturą drogową i kolejową, z wykwalifikowanymi pracownikami, z dostępem do największego jednolitego rynku świata, jest w bardzo dobrym położeniu.
Ale tu pojawia się warunek, który powtarzam jak mantrę: nearshoring przyciągnie do Polski inwestycje, ale nie do każdej polskiej firmy. Wygrają będący w stanie spełnić nowe wymagania: zielone certyfikaty, niski ślad węglowy, transparentny łańcuch dostaw, zdolność do szybkiego skalowania, kompetencje technologiczne na poziomie czwartej rewolucji przemysłowej. To nie jest lista życzeń. To jest lista warunków, którą stawia inwestor decydujący o lokalizacji produkcji w Europie.
Drugą szansą jest wejście w nowe segmenty. Zielona transformacja energetyczna generuje ogromny popyt na specyficzne komponenty i systemy: elementy konstrukcyjne turbin wiatrowych, moduły dla farm fotowoltaicznych, systemy magazynowania energii, infrastruktura ładowania pojazdów elektrycznych, komponenty dla pomp ciepła. To są sektory, które będą rosły w Europie przez dekady niezależnie od koniunktury, w których Polska, przy odpowiednim dostępie do kapitału i kompetencji, może zająć znaczącą pozycję.
Trzecia szansa to rozwój kompetencji technologicznych. Polskie uczelnie techniczne wypuszczają rocznie tysiące inżynierów. Polska ma tradycje przemysłowe, kulturę produkcyjną, mentalność inżynierską. To jest kapitał, który nie znika i który można przekształcić w wartość dodaną. Firmy, które inwestują w badania i rozwój, budują własne laboratoria, patentują rozwiązania i wchodzą w projekty badawcze finansowane z funduszy unijnych zajmują dziś pozycję, którą będą monetyzować przez następne dekady.
Wreszcie: industrial acceleration areas mogą być dla polskiego przemysłu szansą na przyciągnięcie inwestycji zagranicznych, które inaczej trafiłyby do Niemiec albo Francji. Jeśli Polska skutecznie zdefiniuje i oznaczy swoje przemysłowe obszary akceleracji, jeśli rzeczywiście uprości procedury administracyjne i zapewni dostęp do zielonej energii, to może przyciągnąć inwestorów, którzy szukają lokalizacji w Europie. Duże „jeśli”, ale nie poza zasięgiem naszych firm.
Polska może być beneficjentem Industrial Acceleration Act, ale pod warunkiem, że przestanie grać na starych zasadach i zacznie budować pozycję opartą na czymś więcej niż na cenie i bliskości geograficznej.
Zagrożenia, czyli czego nikt nie mówi głośno
Teraz czas na część, którą przemilcza większość komentatorów, gdyż nie pasuje ona do narracji o „zielonej szansie dla polskiego przemysłu”. Ale nie jestem komentatorem z Brukseli, tylko „chłopakiem” z hali produkcyjnej, i widzę kilka rzeczy, które mnie niepokoją.
Po pierwsze: regulacje jako bariera wejścia. Industrial Acceleration Act jak każde całościowe unijne rozwiązanie regulacyjne generuje koszty compliance. Koszty wdrożenia systemów monitorowania emisji, koszty certyfikacji, audytów, raportowania. Dla dużej korporacji te koszty są wkalkulowane w działalność. Dla małej i średniej firmy produkcyjnej, której właściciel już teraz ledwie nadąża z regulacjami podatkowymi, pracowniczymi i środowiskowymi, to może być kolejna kula u nogi. A polska gospodarka przemysłowa jest w znacznej mierze oparta właśnie na sektorze małych i średnich przedsiębiorstw.
Po drugie: koszt transformacji energetycznej. Polskie firmy muszą transformować swoje modele energetyczne, ale transformacja kosztuje. Instalacja własnych odnawialnych źródeł energii, zakup gwarancji pochodzenia, modernizacja linii produkcyjnych pod kątem efektywności energetycznej to inwestycje wymagające kapitału. Kapitału, który w Polsce jest dostępny w znacznie mniejszym zakresie niż w Niemczech czy we Francji. I tu nie chodzi o lenistwo czy brak woli. Tu chodzi o strukturę rynku kapitałowego.
Po trzecie: ryzyko zielonego protekcjonizmu. I tu chcę napisać coś, co może wywołać dyskusję. Kryteria niskoemisyjności, gdy są stosowane w zamówieniach publicznych, mogą być w praktyce formą protekcjonizmu. Kraj, który ma rozbudowaną energetykę odnawialną, czy to z powodów historycznych, geograficznych, czy dzięki wcześniejszym inwestycjom, automatycznie zyskuje przewagę. Kraj, który dopiero transformuje swój miks energetyczny, jest na straconej pozycji przez lata, zanim transformacja zostanie zakończona.
Dla Polski jest to rzeczywisty problem. Nasze firmy będą przez następną dekadę, może dwie, konkurować z podmiotami z krajów, w których energia jest czystsza. I żadna efektywność operacyjna tego nie nadrobi, bo strukturalny ślad węglowy energetyki nie jest zmienny w krótkim horyzoncie czasowym. Można kupować zieloną energię z certyfikatami – to pomaga, ale certyfikaty kosztują. I mały podwykonawca z Podkarpacia nie ma takiego samego dostępu do rynku certyfikatów jak duży zakład z Dolnego Śląska.
Po czwarte: faworyzowanie krajów z dużym kapitałem. Inwestycje w czwartą rewolucję przemysłową, w transformację energetyczną, w budowanie własnych struktur badań i rozwoju wymaga finansowania. Unijne fundusze są ważne, ale nie są jedynym źródłem pieniędzy. Rynek kapitałowy, venture capital, private equity, credit corporate, jest w Europie Zachodniej znacznie bardziej rozwinięty i aktywniejszy w sektorze przemysłowym. Polska firma, która ma świetny pomysł na ekspansję w nowym segmencie zielonej energetyki, ale nie ma dostępu do kapitału, przegra z firmą zachodnioeuropejską o gorszym pomyśle, ale z pełnym portfolio finansowania. To nie jest wyrównywanie szans. To zmiana zasad gry w trakcie meczu. I warto mówić o tym głośno – nie po to, by narzekać, ale po to, by budować rzeczywistą strategię odpowiedzi.
Kierownik produkcji w nowej rzeczywistości
Przez ostatnie dwadzieścia pięć lat rola kierownika produkcji ewoluowała, ale w gruncie rzeczy pozostawała w obrębie tych samych kategorii. Overall equipment effectiveness (OEE), koszty jednostkowe, terminowość realizacji, zarządzanie zmianą, Lean Manufacturing, Six Sigma, Kaizen. To był świat kierownika produkcji, świat racjonalny, mierzalny, oparty na danych. Dobry kierownik produkcji wiedział, ile traci na przestojach, ile kosztuje go brak surowca, ile godzin pracy idzie w defekty.
To się skończyło. Albo raczej – to nadal jest konieczne, ale przestaje wystarczać.
Dzisiaj od kierownika produkcji coraz częściej oczekuje się czegoś, do czego szkoły techniczne i programy MBA nie przygotowywały. Oczekuje się, że będzie rozumiał ślad węglowy swojego procesu, lecz nie jako abstrakcyjną liczbę w raporcie CSR, ale jako parametr operacyjny, który wpływa na zdolność firmy do wygrywania kontraktów. Oczekuje się, że będzie rozumiał regulacje compliance dotyczące emisji. Nie żeby był prawnikiem, ale żeby wiedział, kiedy zapytać i jakiego prawnika. Oczekuje się, że będzie uczestniczył w decyzjach strategicznych dotyczących łańcucha dostaw, wyboru dostawców pod kątem nie tylko ceny i jakości, lecz również emisyjności, że będzie raportował nie tylko do zarządu, ale i do zamawiającego, do audytora zewnętrznego, do regulatora.
Dawniej kierownik produkcji był zarządzającym procesem. Dziś staje się uczestnikiem polityki przemysłowej.
Kierownik produkcji, który nie rozumie tych zagadnień, staje się kierownikiem produkcji na pół etatu, bo drugą połowę wypełnia mu ktoś inny: konsultant ds. ESG, specjalista od emisji, zewnętrzny ekspert. To jest marnotrawstwo i ryzyko jednocześnie. Marnotrawstwo, bo buduje się podwójne kompetencje tam, gdzie jedna osoba powinna mieć pełny obraz. Ryzyko, bo decyzje operacyjne i strategiczne nie są podejmowane przez tę samą osobę z pełną wiedzą.
Co to oznacza? Kierownik produkcji musi rozszerzyć swój zestaw kompetencji o nowe obszary. Nie powinien być ekspertem w każdym z nich, ale powinien rozumieć, jak działają, jak wpływają na jego zakres odpowiedzialności i kiedy potrzebuje wsparcia specjalisty. To obejmuje podstawy rachunkowości emisji (Scope 1, 2, 3), znajomość kluczowych regulacji (EU ETS, CBAM, Taksonomia, CSRD), rozumienie narzędzi pomiaru emisji i raportowania, zdolność do oceny śladu węglowego dostawców, a także podstawy analizy finansowej transformacji energetycznej, ponieważ decyzja o kupnie energii z odnawialnych źródeł energii to decyzja z obszaru odpowiedzialności kierownika, nawet jeśli formalnie podejmuje ją zarząd.
Czy to jest trudne? Tak. Czy to jest sprawiedliwe, że ktoś, kto kształcił się przez lata jako specjalista od procesów produkcyjnych, musi teraz rozumieć politykę klimatyczną? Być może nie… Ale jest w tym też szansa. Kierownik produkcji, który opanuje ten nowy zestaw kompetencji, staje się menedżerem niezwykle rzadkim i wartościowym, łączącym wiedzę o procesie z rozumieniem wymiaru strategicznego i regulacyjnego. Takim, który może być partnerem dla zarządu w podejmowaniu decyzji inwestycyjnych, a nie tylko wykonawcą poleceń, który negocjuje warunki kontraktu z pozycji wiedzy, a nie wyłącznie kosztów.
To jest przyszłość tej roli, do której można się przygotować, ale tylko wtedy, gdy zaczniemy ją widzieć.
Industrial acceleration areas – rzeczywista szansa czy marketing?
Nie ma w historii Unii Europejskiej sytuacji, w której bardzo dobry pomysł regulacyjny nie napotkałby poważnej przeszkody: tempa wdrożenia. Europa jest mistrzem tworzenia strategii, planów, ram prawnych i komunikatów. Europa jest znacznie mniej sprawna w rzeczywistym wdrażaniu tych strategii w sposób zmieniający rzeczywistość na poziomie konkretnej fabryki.
Co obiecują industrial acceleration areas? Przyspieszone procedury administracyjne dla inwestycji w strategicznych sektorach. Preferencje inwestycyjne: finansowanie, gwarancje, ulgi podatkowe. Uproszczenia regulacyjne w wyznaczonych strefach. Koordynację między różnymi szczeblami administracji: europejskim, krajowym, regionalnym, lokalnym. Dostęp do gotowej infrastruktury.
Na papierze to jest rewolucja. W praktyce każdy punkt tej listy napotyka konkretne bariery.
W Polsce czas uzyskania pozwoleń budowlanych dla obiektów przemysłowych to wciąż często lata, a nie miesiące. System jest skomplikowany, wielopoziomowy, wrażliwy na odwołania, często zależny od lokalnych uwarunkowań politycznych. Żeby industrial acceleration areas naprawdę działały, potrzebna jest głęboka reforma administracyjna, a nie nałożenie kolejnej warstwy na istniejący system.
Preferencje inwestycyjne – fundusze są dostępne, ale procesy aplikacyjne są złożone, wymagają zaawansowanej dokumentacji i są często dostępne głównie dla firm, które mają wyodrębnione działy pozyskiwania dotacji. Mała firma, która mogłaby być beneficjentem, często nie ma zasobów, by skutecznie po te środki sięgnąć.
Dostęp do energii. To jest chyba największa luka. Żadna strategia przemysłowa nie zadziała, jeśli firma chcąca inwestować w nowoczesną produkcję nie może podłączyć się do sieci w rozsądnym czasie i w rozsądnej cenie. W Polsce czas oczekiwania na przyłącze energetyczne dla zakładu przemysłowego potrafi wynosić kilka lat. To jest bariera, która nie ma nic wspólnego z regulacjami unijnymi, gdyż jest to problem krajowej infrastruktury i zarządzania sieciami.
Problemem Europy nigdy nie był brak strategii. Problemem było tempo jej realizacji.
I to jest zdanie, które chciałbym, aby zostało w pamięci każdego, kto czyta ten artykuł, a szczególnie tych, którzy podejmują decyzje o inwestycjach przemysłowych w Polsce. Strategia jest. Fundusze częściowo są lub będą. Pytanie, czy instytucjonalne środowisko jest gotowe, żeby ta strategia stała się rzeczywistością w tempie, które ma szansę dogonić konkurentów.
Nie jestem pesymistą. Znam fabryki, które przeszły przez procesy inwestycyjne w specjalnych strefach ekonomicznych relatywnie sprawnie. Znam regiony, które naprawdę potrafią obsługiwać inwestorów. Ale wiem też, że to nie jest norma i że bez systemowej zmiany podejścia administracji do inwestycji przemysłowych industrial acceleration areas mogą być dobrym pomysłem, który realizuje się o pięć lat za późno.
Wnioski, ale bez oczywistości
Nie zamierzam pisać podsumowania w stylu „z jednej strony, z drugiej strony, a więc wszystko zależy od…”. To jest styl raportów doradczych, nie artykułów dla praktyków przemysłowych. Napiszę, co myślę.
Europa podjęła świadomą decyzję, że chce być przemysłową potęgą na własnych zasadach, a nie na zasadach narzuconych przez najtańszego producenta po drugiej stronie globu ani przez kraj, który w jednym momencie może odciąć energię. Ta decyzja jest słuszna, ale ma swoją cenę.
Menedżerze produkcji, to jest twoja rzeczywistość. Nie za pięć lat, nie przy kolejnej strategii unijnej, ale teraz. Firmy, które dziś zaczną budować kompetencje w rachunkowości emisji, negocjować dostęp do zielonej energii i zrozumieją, co kryterium niskoemisyjności oznacza dla ich zdolności do wygrywania kontraktów, będą miały przewagę za trzy lata. Firmy, które będą czekać, aż regulacje staną się obowiązkowe i konieczne, będą odrabiać zaległości kosztem rynkowych pozycji.
Europa chce być niezależna. Polska chce się rozwijać. Rynek chce być efektywny. Te trzy cele mogą być ze sobą spójne, ale nie staną się takie automatycznie.
Pytanie nie brzmi: czy Industrial Acceleration Act zmieni przemysł?
Pytanie brzmi: czy polski przemysł zdąży się zmienić razem z nim?

Aleksander Doliński
GreenFields Projects
Absolwent Wydziału Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego. Studiował także zarządzanie i inżynierię produkcji na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu. Posiada wieloletnie doświadczenie w zakresie transferów technologii, organizacji oraz optymalizacji działów i procesów produkcyjnych w międzynarodowych firmach. Rozległa wiedza, pasja i zaangażowanie przyczyniły się do osiągnięcia przez niego wielu sukcesów w obszarach produkcyjnych, przynoszących firmom wymierne korzyści finansowe.
Zobacz również



